poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Kastracja: nie taki diabeł straszny

W sieci znajdziemy całe mnóstwo wpisów, dyskusji i artykułów na temat kastracji. Problem jest i będzie zawsze żywy, każdy znosi i wspomina to inaczej, są różne metody znieczulania i zszywania itd. itp. Przeczytaliśmy dużo, a jednak nie udało nam się znaleźć odpowiedzi na wszystkie nurtujące nas pytania, więc dokładamy swoją cegiełkę i podzielimy się własnymi doświadczeniami.
Chociaż biorąc psa ze schroniska zobowiązaliśmy się do kastracji, nie byliśmy do tego wcale przekonani i długo zwlekaliśmy z decyzją. Akurat kiedy się przełamaliśmy, trwała "Akcji Sterylizacja" i dzięki temu udało nam się dodatkowo ściąć koszty. Przy tej okazji zaszyliśmy też Ku przepuklinę - nie była duża i nigdy nie było z nią problemów, ale bezpieczniej było ją zamknąć.

Zabieg

O 8:00 stawiliśmy się lekko (albo i bardzo) zestresowani w gabinecie. Ku dostał strzał głupiego jasia i kilka minut później odpłynął i zobojętniał na wszystko, co działo się wokół. Od razu umówiliśmy się na odbiór o 11:00. Spędziliśmy te 3 godziny w niemałym stresie, oczywiście całkiem niepotrzebnie. Ku, dalej w gazie, przywitał nas machaniem ogona i... wielkim płaczem, ale taki to już typ - musi trochę przyaktorzyć. Przeszliśmy krótki instruktaż i wróciliśmy do domu z antybiotykiem.

Po zabiegu

Zacznijmy od nastroju. Pierwszy dzień nie należał do udanych. Kuky zachowywał się trochę tak, jakby był obrażony na cały świat, trochę jakby był na nas zły, a duchem i tak był nie wiadomo gdzie. Nie chciał się położyć, nie reagował na wołania, zasypiał na stojąco jak koń i patrzył się pusto przed siebie. Dopiero kiedy zaprosiliśmy go do swojego łóżka trochę się rozluźnił i udało nam się wspólnie dotrwać do rana. Następnego dnia wszystko wróciło względnie do normy, ogon wystrzelił w górę, w oczach pojawiły się ogniki, rwał się do zabawy i spał jak zwykle gdzie popadnie. Dalej było już tylko lepiej, acz z każdym dnia niespożytkowana energia kumulowała się i czasem trudno było nad Ku zapanować.

Przygotowania i pielęgnacja

Ku był na głodówce 12 godzin przed zabiegiem i kolejne 20 godzin po. Pierwszy posiłek i woda pojawiły się na stole dopiero kolejnego ranka, a pierwsza kupa pojawiła się szczęśliwie niewiele później. Podobno nie zawsze idzie tak dobrze i czasem trzeba psa, a raczej jelita, wspomóc łyżką oleju. Przez pierwsze dni chodził zarówno w kubraczku (ze względu na przepuklinę), jak i kołnierzu i raczej nie było opcji, żeby go wyzwolić, bo bardzo interesował się raną. Po kilku dniach zrezygnowaliśmy z kubraczka i pilnowaliśmy, żeby się nie drapał. Na spacery wychodziliśmy "nadzy", bo w kołnierzu Ku był zbyt przerażony, by się choćby wysikać. Spacery ograniczyliśmy do koniecznego minimum, pogoda nam się względnie udała, więc przy ranach w zasadzie nic nie robiliśmy, raz zostały potraktowane Octeniseptem. Rana po kastracji goiła się bardzo szybko, worek mosznowy znikał w oczach, z przepukliną szło troszkę gorzej, tak czy siak po 10 dniach zdjęliśmy szwy i było po wszystkim.

Zmiany

Czyli to, co chyba najbardziej interesuje wszystkich niezdecydowanych. Jak już wspomniałam na kastrację zdecydowaliśmy się raczej z przymusu, mając gdzieś z tyłu głowy potencjalne korzyści jak np. uniknięcie chorób czy zaszycie przy tej okazji przepukliny (była niewielka i szkoda było usypiać psa tylko z tego powodu).
Zacznijmy od tego, jak było przed kastracją. Kuku nigdy nie był agresywny, za to był śmiały wobec innych psów i chciał się bawić z każdym, nawet jeśli napotykał na wyraźny opór z drugiej strony, za co zresztą nie raz oberwał. Zawsze miał mnóstwo energii, nigdy nie miał dosyć biegania, dla smaczków był gotów zrobić wszystko i bez większych problemów opanowaliśmy wiele komend. Generalnie nie mieliśmy też większych problemów z przywoływaniem z jednym wyjątkiem. Kiedy na horyzoncie pojawiał się pies, najczęściej my przestawaliśmy istnieć, przynajmniej na jakiś czas. Poza tym był ciekawski przez co czasami, szczególnie na dworze, trudno było utrzymać jego koncentrację i przyznaję, że liczyłam na to, że po kastracji będzie z tym lepiej.
A co się zmieniło? Chciałabym powiedzieć, że trochę się uspokoił i na spacerze nie zmienia obiektu swoich zainteresowań co 2 sekundy, ale prawda jest taka, że nie zmieniło się praktycznie nic. Jedyna zauważalna zmiana to kwestia znaczenia terenu - obecnie sika rzadziej i dłużej, przed zabiegiem próbował oznaczyć wszystko, nawet jeśli nie było już co wylewać. Oczywiście nie ma tutaj żadnej zasady, każdy pies zareaguje po swojemu, ale najlepiej nie nastawiać się na żadne zmiany i nie zakładać też niczego złego, bo nigdy nic nie wiadomo.